Może to być co najmniej zastanawiające, dlaczego transpłciowość (a właściwie, zgodnie z terminologią przyjętą w ICD-11: niezgodność płciowa), znalazła się w jedenastej wersji Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych.
Czy to oznacza, że transpłciowość jest chorobą?
Oczywiście, że nie!
ICD-11 oprócz tego, że zawiera listę chorób i innych stanów psychofizycznych, jest wskazówką dla systemu zdrowia, odnośnie tego, które świadczenia mogą być refundowane.
W innych krajach ma to większy sens, bo proces tranzycji jest odgórnie finansowany przez państwo. Dlatego dany lekarz może zaznaczyć tę opcję w systemie, dzięki czemu osoba chcąca przejść tranzycję, ma dostęp do odpowiedniej opieki medycznej. Niestety, w Polsce żadne operacje, czy zabiegi związane z tranzycją medyczną, nie są obecnie refundowane (wyjątek stanowi jedynie refundacja części leków używanych w feminizującej terapii hormonalnej). Zatem w praktyce ogranicza się to jedynie do postawienia rozpoznania zgodnego z ICD.
Czy jest to dobre rozwiązanie?
Ma ono swoje wady i zalety. Z jednej strony może zapewniać wsparcie systemu opieki zdrowotnej. Z drugiej jednak, tak jak już wspominałam na wstępie, umieszczenie niezgodności płciowej w klasyfikacji dotyczącej głównie chorób, może być mylące. Trzeba jednak zaznaczyć, że starano się odejść od patologizacji tego zjawiska i w tym celu umieszczono niezgodność płciową w osobnym rozdziale, zatytułowanym „Uwarunkowania zdrowia seksualnego”. Ponadto, nie mówi się już o nim jak o zaburzeniu (dla kontekstu, w ICD-10 była mowa o „Zaburzeniach identyfikacji płciowej”).